Stowarzyszenie Milan Club Polonia - jedyny oficjalny fan klub Milanu w Polsce - największy Milan Club w Europie!

Witamy w Milan Club Polonia


MCP - daty i liczby:
Spotkanie założycielskie: 28.12.2001
Rejestracja Stowarzyszenia: 29.10.2004
Oficjalny fan klub AC Milan od: 26.06.2005
Liczba członków w sezonie 17/18: 861
MCP to największy fan klub Milanu w Europie!

Liczba wyjazdów na mecze Milanu: 61
Liczba zorganizowanych spotkań Milanistów: 28
Kontakt: kontakt@milanclubpolonia.pl
Kanał IRC: #MCP

Przydatne linki:

- PIŁKARZ ROKU
- TERMINARZ MILANU NA SEZON 2018/19
- Panel członka MCP
- Regulamin kwalifikacji na wyjazdy
- Wyjazdy prywatne - Regulamin dystrybucji karnetów
- Zasady rezygnacji i zwrotów z imprez MCP
- Informacje nt. Cuore Rossonero
- MCP na Facebook
- MCP na YouTube

 Wyjazdy MCP

Tottenham - Milan

Tuż po wylosowaniu w 1/8 finału Ligi Mistrzów Tottenhamu Hotspur wszyscy w miarę aktywni członkowie MCP zacierali ręce na kolejny ciekawy wyjazd. Niestety podróż na mecz w Mediolanie się nie odbyła z racji niskiego zainteresowania. Kiedy tylko pojawiła się informacja, że organizowany jest również wyjazd na mecz rewanżowy w Londynie, zaliczkę wpłaciło 17 osób, z których w drodze losowania wyłoniono tylko 10, bo tyle biletów nam przyznano. Jako że był to trzeci w historii MCP (po Portsmouth i Manchesterze) oficjalny wyjazd z 'transportem na własną rękę', miejscem zbiórki był Londyn.

Część ekipy umówiła się na lotnisku w Luton (Bafflo, TomekW, PawkoIRL, Soja, sawczen), skąd po zebraniu udaliśmy się pociągiem do stacji King's Cross / St. Pancras, skąd miało być najbliżej do hotelu, w którym Tomek i Paweł mieli zarezerwowany nocleg. Dość długo czekaliśmy na autobus, ale w końcu udało nam się dostać - po drodze widzieliśmy m.in. polski sklep, do którego potem weszliśmy z czystej ciekawości. Po zameldowaniu w hotelu i rozpakowaniu przez chłopaków bagaży, ruszyliśmy dalej w Londyn, weszliśmy oczywiście do marketu po zapas napoju wytwarzanego ze słodu jęczmiennego, w dziwnej angielskiej mierze 1 PINT (nie 0,5l, a 568ml). Tomek postraszył nas, że w Anglii można zostać mocno ukaranym za spożywanie tego typu napoju w miejscach publicznych, więc trzeba było przystopować. Następnie pojechaliśmy metrem do stacji Oxford Circus, gdzie doszliśmy do wniosku, że się rozdzielimy - Tomek pojedzie po resztę ekipy w umówione miejsce, a my we czwórkę zostaniemy i pochodzimy po 'mniejszym' centrum Londynu :) Udaliśmy się z chłopakami do McDonald's i wpadliśmy na pomysł wzięcia kubeczka, który posłużył nam jako naczynie do picia pewnego napoju z charakterystyczną goryczką, stąd wzięło się określenie 'shake'a' w Londynie. Chodząc po tej dzielnicy trafiliśmy też na fajną knajpkę, gdzie po pytaniu 'do you have a toilet?' okazało się, że pani, która odpowiedziała 'nie, nie mamy', była Polką. Trochę porozmawialiśmy i za chwilę się okazało, że starszy koleś pracujący z nią jest Włochem, który co nieco umiał powiedzieć po polsku - brzmiało to bardzo zabawnie. Trochę się nam nudziło już, a pęcherze co chwila wymagały opróżnienia, więc w końcu udaliśmy się w miejsce, gdzie razem z TomkiemW czekali na nas marass2, mork82, michalchr83 oraz Bielik. Brakowało tylko Rute, która miała trafić na stadion na własną rękę. Po krótkiej konsultacji doszliśmy do wniosku, że niedaleko jest stacja Fulham Broadway, z której blisko do Stamford Bridge. Udaliśmy się tam więc, każdy zrobił kilka zdjęć, chociaż w sumie nie było czego fotografować. Do meczu było jeszcze trochę czasu, więc weszliśmy do baru po drugiej stronie ulicy, w którym - jak się potem okazało - barmanką była Polka. Całkiem miło nas ugościła i trochę poopowiadała o kibicach Chelsea, których raczej woli unikać, dlatego stara się nie pracować w dni, kiedy grają The Blues. W końcu trochę się zasiedzieliśmy i stwierdziliśmy, że już czas na nas: zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie wewnątrz lokalu i wszyscy udaliśmy się w drogę w stronę stadionu. Musieliśmy metrem pojechać na stację Seven Sisters, a dalej autobusem, który o dziwo zatrzymał się i kazał wszystkim wysiadać. Dalej do przejścia był dość spory kawałek drogi i nagle z pomiędzy domów pojawił się mały stadion White Hart Lane. Kiedy Tomek poszedł po bilety, była chwila na szybki posiłek w budzie z hamburgerami, z której typowy Anglik wołał bez przerwy do ludzi 'yes, please'. Zaraz po powrocie Tomka spotkaliśmy się z Rute i... Carlo, który przyjechał do Londynu mimo braku biletu na mecz. Kiedy już wszyscy byli gotowi, udaliśmy się w kolejkę, pilnowaną przez 'panie na koniach'. Niektórzy milaniści próbowali ominąć ogonek, przeciskając się na siłę, ale do akcji wkroczył Pawko, który w krótkich, żołnierskich słowach przywołał do porządku jakiegoś Hindusa (który i tak ostatecznie został przegoniony przez porządkowych, bo miał bilet na inną trybunę). Kiedy już trafiliśmy do wnętrza stadionu, zauważalny był jego podeszły wiek. Nie ma tam takich kasowników w bramkach jak na San Siro, tylko jest pan z czytnikiem kodu kreskowego i skanuje każdy bilet, jak to się robi na kasie w Lidlu czy Biedronce.

O meczu jakoś specjalnie nie chce mi się rozpisywać, bo jak sobie go przypomnę, to mi po prostu smutno. Tuż przed spotkaniem obok naszego sektora przeszedł Marcel Desailly, który był chyba ekspertem w studio dla jakiejś telewizji. Oczywiście został przez nas przywitany owacją na stojąco. Rzecz jasna chyba nikt z nas nie siedział na swojej miejscówce, bo jako jedni z ostatnich trafiliśmy na sektor i stewardzi wysłali nas od razu na sam koniec: staliśmy w ostatnim rzędzie, opierając się o szybę, za którą prawdopodobnie była jakaś stadionowa knajpka. Muszę dodać, że szyby nie ucierpiały, co oznacza, że po prostu były mocne! Jako ciekawostkę mogę napisać, że w drugiej połowie po strzale Pato, po którym piłka trafiła w boczną siatkę, część sektora myślała, że padła bramka, a arbiter jej nie uznał. My skapnęliśmy się, że nie było gola, dopiero po meczu, kiedy realizator puszczał najciekawsze fragmenty na telebimie. Dodać również trzeba, że musieliśmy dość długo czekać na wyjście ze stadionu - dobre 20-30 minut. Było to spowodowane tym, że kibice Spurs prowokowali nas z górnego sektora i pilnowała nas brytyjska Police. Czas umilaliśmy sobie dopingowaniem ekip sprzątających trybuny: jedna z grupek załapała o co chodzi i czekała karnie na nasze głośne "ole", zanim ruszała do oczyszczenia kolejnych sektorów. Kiedy już udało nam się wyjść ze stadionu, jakoś wszyscy się rozproszyli i część powędrowała swoimi drogami, a my (rute, Bafflo, Soja, sawczen), szybko zlokalizowaliśmy Carlo oglądającego mecz w pobliskim pubie z kolegą Rute, który to zabrał nas w ciekawą podróż na stację Tottenham Hale. W życiu bym nie przypuszczał, że w Londynie mogą być takie miejsca: szliśmy przez jakieś krzaki, pola i dalej nie pamiętam ;) Po drodze oczywiście zahaczyliśmy o sklepik, żeby zaopatrzyć się w prowiant na drogę, oczywiście po studencku - w puszce. Soja, Bafflo i ja musieliśmy wysiąść na stacji King's Cross, skąd po chwili mieliśmy pociąg do Luton. Pożegnaliśmy się więc i w nadziei, że zobaczymy się jak najszybciej, rozdzieliliśmy się. Pozostało nas trzech, wysiedliśmy w Luton i doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu płacić półtora funta za autobus na lotnisko, które jest bardzo blisko, tylko trzeba podejść pod górkę - udamy się w pieszą wędrówkę. Finalnie niestety trwała ona około dwóch godzin, bo dzięki rozeznaniu terenu przez Bafflo trochę pobłądziliśmy i poszliśmy w całkiem inną stronę: kiedy już weszliśmy na dobrą drogę i widzieliśmy lotnisko, znowu poszliśmy nie tam gdzie trzeba... Po drodze widzieliśmy jakieś prywatne awionetki, cysterny z paliwem, hangary, warsztaty, ba - nawet auto na warszawskich blachach - był to Pontiac Firebird. W końcu stwierdziliśmy, że chyba źle idziemy i Soja zapytał jakichś babeczek którędy na terminal, no i okazało się, że musimy cofnąć się do punktu, w którym zamiast w prawo, poszliśmy w lewo. Ja sobie nie odpuściłem, żeby zrobić przez płot zdjęcie tych malutkich awionetek, które stały od nas na wyciągnięcie ręki. Zdjęcie niestety nie wyszło, ale lampa błysnęła i w tym momencie usłyszeliśmy 'Hi gents', odwróciłem głowę i zobaczyłem policyjnego Forda C-max'a, poczułem problemy... Panowie zapytali, co tu robimy, skąd jesteśmy i czemu zrobiłem zdjęcie.. chwilę potłumaczyliśmy, pokazaliśmy karty pokładowe jako potwierdzenie, że udajemy się na terminal i odpuścili. W końcu doszliśmy do terminalu, po czym każdy z nas postarał się znaleźć najwygodniejszą pozycję do snu. Niestety na krzesełkach w głównej poczekalni trochę wiało, więc po około godzinie udaliśmy się w miejsce, gdzie wspólnie z Sonarem i Kebabem spałem dokładnie rok temu po meczu w Manchesterze - po prostu na podłodze. Tym razem zasnąłem tam z Soją, a Bafflo ogarnął sobie wolny fotel. Około 4:15 Soja mnie obudził, pożegnał się i udał się na swój pociąg do miasteczka, w którym mieszka. Wtedy również znalazłem wolny fotel, rozłożyłem się wygodnie i ponownie zostałem obudzony - tym razem przez Bafflo, który powiedział, że bramki zostały otwarte. Przeszliśmy więc przez kontrolę i czekaliśmy na swój lot. Samolot wystartował z około 15-minutowym opóźnieniem, z powodu wymiany jednego z kół. W Gdańsku wylądowaliśmy około 11:30 i nasze drogi się rozeszły. Bafflo pojechał do domu, a ja... na 14:00 do pracy w Sopocie.

sawczen

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ

Partnerzy MCP
ACMilan.PLACMilan24.comKoszulki piłkarskie
  | MILAN CLUB POLONIA - STRONA GŁÓWNA | O FAN KLUBIE | AKTUALNOŚCI | WYJAZDY MCP | ZLOTY MCP | GADŻETY MCP | KONTAKT | statystyka